To jest film, który boli. I to bardzo. Aż do ostatniej sceny. Do tej rozdzierającej, molowej kody całej opowieści.
To jest film o umieraniu. Także o lęku przed pustką i samotnością. I jeszcze o relacjach. Zbyt kruchych i powierzchownych.
To jest film, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Zdolny potrząsnąć nawet najtwardszym widzem. Do głębi.
„33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej to jeden z najlepszych obrazów jakie ostatnio widziałem. Oszczędny w środkach, treściwy, niezwykle wymowny. W kilkudziesięciu odsłonach jasno naświetlający ludzką bezsilność, chwiejność i nędzę. Kolejne sceny z życia rodziny artystów (filmowiec, pisarka, plastyczka i kompozytor) każą nam stawić czoła dramatycznym pytaniom egzystencjalnym. Jak oswoić się z nieuleczalną chorobą i umieraniem (Muszę to polubić. To wcale nie jest takie straszne)? Czym zapełnić doskwierającą samotność (Nie chcę czekać sama. Jest całkiem pusto)? Jak dojrzeć do podejmowania odpowiedzialnych decyzji (Chciałabym zawsze być dzieckiem)?
Te pytania pozostają bez odpowiedzi. I pewnie słusznie. Bo na dramat ludzkiego cierpienia nie ma gotowych recept. Jest tylko otwarta droga ciągłego poszukiwania, błądzenia, manowców.
Rewelacyjny film, ze znakomitymi kreacjami Julii Jentsch i Maćka Stuhra, to bez wątpienia jedna z najlepszych polskich produkcji, która - jak mniemam - obok obrazów Kieślowskiego czy Wajdy, wejdzie niebawem do kanonu kinematografii krajowej. Prawdziwa uczta dla koneserów!
2 komentarze:
chciałam na to pojsc ale jak sie w koncu zebrałam, przestali grać. Wszyscy ktorzy byli na tym filmie zachwalali - musze to zobaczyc.
Ja też jakoś przegapiłem, gdy grali to w kinie, a ściśle mówiąc - chciałem na to iść, ale moja siostra wyciągnęła mnie wtedy na Bonda, no i przepadło. Na szczęście tymczasowo, bo jest już dostępne DVD. Polecam gorąco!
Prześlij komentarz