Czytanie Virginii Woolf ma w sobie pewną estetyczną przyjemność. Drobiazgowe opisy codzienności, soczyste frazy i niebanalne obserwacje angielskiej pisarki są jednym z moich ukochanych smakołyków literackich.
Z niemałą radością rzuciłem się zatem do lektury polskiego tłumaczenia „Widoków Londynu”, które właśnie w ubiegłym tygodniu trafiło na półki naszych księgarń. Cieniutka książeczka zawiera zaledwie sześć esejów publikowanych pierwotnie w magazynie „Good Housekeeping”, jednak ów niedosyt ilościowy łagodzi skutecznie wyborna jakość prozy jednej z najlepszych pisarek ubiegłego wieku.
Virginia zabiera nas zatem na spacer po współczesnym sobie Londynie. Wędrówkę rozpoczynamy na wschodnim krańcu miasta, by z tamtejszego portu ruszyć pod prąd Tamizy, w głąb angielskiej stolicy. Zatrzymujemy się na barwnej Oxford Street, będącej nieustanną taśmą zmieniających się widoków, dźwięków i ruchu, chronimy się na moment w bezbarwnym spokoju chłodnych murów katedry Świętego Pawła, wstępujemy w końcu do Opactwa Westminster, gdzie światła i cienie zmieniają i zakłócają każdą chwilę a błękit, złoto i fiolet przechodzą, barwią, bledną.
Niezwykły talent literacki Virginii Woolf sprawia, że potrafimy ogarnąć ogrom londyńskiej panoramy i jednocześnie dotrzeć do najbardziej intymnych zakątków tej metropolii. Pisarka odsłania zatem przed nami Londyn jako całość - Londyn stłoczony i unerwiony, i zwarty, z jego dominującymi kopułami, ze stróżującymi katedrami; jego kominy i wieże; jego żurawie i gazometry; i nieustający dym, którego nigdy nie rozwiewa żadna wiosna ani jesień. Jednocześnie też ukazuje nam miasto od strony najdrobniejszych jego detali, takich jak krzesła, filiżanki, parasole i komody mieszkających tu ludzi, bo to właśnie w ich salonach niezliczone fragmenty ogromnej metropolii zdają się łączyć w jedną żywą, zarozumiałą, zabawną i przyjemną całość.
Przenikliwe spojrzenie Virginii, które rozszczepia rzeczywistość na miliony atomów, sprawia, że z rozkoszą delektuję się tymi obrazkami z Londynu, który jawi się nie tylko jako wspaniałe widowisko, targowisko, dwór, ośrodek wielkiej pracowitości, ale jako miejsce, gdzie ludzie spotykają się i rozmawiają, śmieją się, zawierają małżeństwa, umierają, malują, piszą i działają, rządzą i ustanawiają prawo.
Żywotny oddech wielkiego miasta, kunsztownie zamknięty w słowach pisarki, wzbudził we mnie chęć powrotu do tej metropolii, by na nowo zanurzyć się w gąszcz londyńskich placów, kościołów i domów, by w popołudniowym gwarze salonu skosztować zielonej herbaty, by wejść w umeblowany światłem pokój Johna Keatsa, genialnego, choć mało znanego poety. Przede wszystkim jednak lektura esejów słynnej Angielki sprawia, że nabieram już apetytu na lekturę kolejnych jej książek. Przyjemność estetyczną mam wszak gwarantowaną.
2 komentarze:
To może być ciekawa pozycja.
Jak każda z pozycji Virginii Woolf! Szczerze polecam!
Prześlij komentarz