2009-12-18

Wieczne Miasto w upojeniu

Kiedy rok temu żegnałem się z Anną Marią w praskiej Lucernie, zastanawialiśmy się, w jakim zakątku świata skrzyżują się znów nasze szlaki. Żadne z nas nie przypuszczało wtedy, jak prawdziwe okaże się powiedzenie o drogach, które prowadzą do Rzymu.

Informacja, że „najbardziej fascynujący głos polskiego jazzu” zawita do miasta, w którym mieszkam na co dzień, była dla mnie nie lada niespodzianką, zaś cudowny wieczór w kameralnych przestrzeniach klubu Casa del Jazz stał się jednym z najpiękniejszych przeżyć mijającego roku.

Debiut Anny Marii Jopek na scenach Wiecznego Miasta był wysmakowaną kodą obchodów miesiąca kultury polskiej Corso Polonia. Piękną odsłoną rodzimej tradycji muzycznej przed wymagającą włoską publicznością.

Już samo otwarcie występu przeniosło nas myślą i sercem na bezkresne mazowieckie łąki, gdzie w cieniu brzóz i topoli przechadza się dziewczę o pszenicznych włosach, wyśpiewując z czułością i uwagą ludowy temat „Dwa serduszka, cztery oczy”. Niezwykła delikatność, z jaką Anna Maria rozpoczyna swój występ, rodzi w nas pragnienie, by zatrzymać na zawsze tę ulotną, eteryczną impresję. Ciche ukojenie przeradza się jednak natychmiast w prawdziwy wybuch emocji, gdy Ania sięga po „Bandoskę”. W lapidarnej, lecz jakże odważnej i niespokojnej wersji. Rozgrzani niezwykłą energią tego utworu, wyciszamy się zaraz na nowo przy starej pieśni kawaleryjskiej „O mój rozmarynie”. To niezwykle czułe dopełnienie swoistego tryptyku z klasyką polskiej piosenki. Jednak rodzima tradycja ludowa jest tylko jednym z wątków tego cudnego wieczoru w Casa del Jazz.

Przychodzi pora na chwilę improwizacji. Instrumentalno-wokalne poszukiwanie muzycznych ścieżek na żywo. Na karteczce z setlistą Ania nazwała ten moment wieczoru po prostu „Free”. I faktycznie, niebanalne, wielowątkowe brzmienia sączą się ze sceny z wyjątkową swobodą, zaś każdy z muzyków dostaje tu „swoje pięć minut”. Tradycyjny skład zespołu Ani (Napiórkowski, Kubiszyn, Dobrowolski) wzbogaca dziś postać wyjątkowa, związana na co dzień z chrześcijańskim TGD, czyli Pedro Nazaruk. O jego niezwykłym talencie przekonamy się tego wieczoru niejednokrotnie.

Tymczasem dźwięki kolejnego utworu wywołują gorącą owację i przyprawiają nas o szybsze bicie serca. To jedna z naszych ukochanych piosenek w repertuarze Ani! „Szepty i łzy” wyśpiewujemy z wokalistką od początku do końca, wywołując uśmiechy na twarzach siedzących wokół nas Włochów. I oni są zachwyceni tą cudowną kompozycją Kilara, którą znają zresztą z międzynarodowej wersji „Upojenia”. Pełni radości nie przeczuwamy nawet, że najpiękniejszy moment koncertu wciąż jeszcze przed nami…

Burzliwe owacje widowni przemieniają się teraz w wyklaskiwanie rytmu kolejnej piosenki. Ania uspokaja nas zadumą o znaczeniu miłości przy lirycznych, delikatnych brzmieniach „Możliwe”. To wyciszenie pogłębia się jeszcze, gdy Pedro Nazaruk sięga po jeden za swoich niezwykłych fletów. Jego dźwięki brzmią jakoś tak orientalnie, nieco surowo, przywodząc na myśl tybetańskich mnichów zanurzonych w modlitwie i medytacji. Ogarnia nas z nagła metafizyczna zaduma nad sensem istnienia, a Ania niejako „dośpiewuje” do niej treść, ubiera w słowa nasze myśli i intuicje. To całkiem nowa, przecudnej urody aranżacja „Ja spytać chcę o to samo”, której dopełnieniem staje się wyrafinowana improwizacja Marka Napiórkowskiego. W delikatny klimat ukojenia wpisuje się kolejny utwór z płyty ­Niebo, w którym towarzyszy Ani jedynie Robert Kubiszyn. Oszczędne, acz ciepłe „Ucisz się” staje się jak gdyby zamknięciem kolejnego, tym razem lirycznego, tryptyku tego koncertu.

Jaką więc niespodzianką są dynamiczne rytmy następnego utworu! Już po pierwszym takcie bezbłędnie rozpoznaję kolejny z moich ukochanych przebojów Anny Marii, czyli „Zrób, co możesz”. Nachylam się na moment do jednego z przyjaciół, by szepnąć mu, że za chwileczkę usłyszymy genialną improwizację Pawła Dobrowolskiego. Jednak ten mój nagły ruch niespodziewanie przyciąga wzrok Ani. Artystka dostrzega nas w samym środku czwartego rzędu i posyła nam wielki uśmiech. Błoga radość w sercu przechodzi w szczęście, gdy milknie piosenka o ważce, a Ania wyznaje, że wśród publiczności jest kilka dobrze znanych jej twarzy. Machamy do siebie nawzajem, tym samym skupiając na sobie wzrok tak Włochów, jak i zespołu naszej artystki.

Intymna, niemalże familijna już atmosfera wieczoru osiąga szczyt w kolejnym utworze. Muzycy sadowią się wygodnie na skraju sceny, by w tej szczególnej bliskości przywołać wspaniały tekst Grochowiaka. „Upojenie” dopełnia w nas miary szczęścia, nasyca czułością, dotyka ulotnym drżeniem serca. Delikatna interpretacja polskiego poety podprowadza nas nieuchronnie do finału koncertu. Na pożegnanie raz jeszcze sięgamy do rodzimej tradycji w ludowych brzmieniach „Cyraneczki”. Ten dobrze znany nam utwór zaskakuje nas jednak na nowo, gdy do wokalu Ani przyłącza się Pedro. Ich głosy złączone we wspólnej harmonii odkrywają przed nami nieznane wcześniej przestrzenie muzycznych ścieżek. Żywiołowe, momentami żartobliwe improwizacje kończą się burzą oklasków, które po trzykroć wywołują jeszcze muzyków na scenę.

A skoro prosimy o bisy, to czyż mogłoby zabraknąć klasycznej już piosenki Starszych Panów? Ania z Markiem przypominają, że w Polsce zimą bywa zazwyczaj „Na całej połaci śnieg”, zaś cała reszta zespołu wtrąca się co chwilę, uzupełniając tekst o włoskie neve. Ogólna radość z wariacji językowych przechodzi szybko w euforię, gdy na pożegnanie otrzymujemy jeszcze jedną piosenkę. „Tam, gdzie nie sięga wzrok” porywa jak zwykle swą dynamiką i nastraja pozytywną energią. Jakże więc nie chcieć choć trochę przedłużyć ów wieczór muzycznych uniesień?

Ania wychodzi do nas po chwili. Radosna, odprężona muzyką, wita się z nami pogodnym uśmiechem. Dziękujemy sobie nawzajem, wspominamy spotkania w Mediolanie i Pradze, dzielimy się wrażeniami z koncertu. Na moment pozwalamy porwać Anię sporej grupie Włochów, proszących o zdjęcia i autografy. Przenosimy się zatem pod scenę, gdzie właśnie pojawił się Marcin. Przez najbliższe pół godziny rozbijamy tu mały kącik siestowy. Opowiadamy sobie o muzycznych zachwytach, wspominamy dawne audycje „Około północy”, dzielimy się inspiracjami.

W końcu, jako ostatni opuszczamy kameralne wnętrze Casa del Jazz, by wraz ze wszystkimi udać się do pobliskiej restauracji na uroczysty bankiet zamykający festiwal Corso Polonia.

Raz jeszcze spotykamy się tu z Anią, by przy kieliszku czerwonego wina pogrążyć się w długiej, przyjacielskiej rozmowie. Ku naszej radości okazuje się ona dopiero preludium tego, co nastąpi dzień później.

O wspólnym zwiedzaniu Wiecznego Miasta i pełnych wzruszenia chwilach nie ośmielę się jednak tu pisać. Niech pozostaną one szczęśliwą tajemnicą Jopkologa i jego najbliższych przyjaciół…

2009-12-09

Let's escape into the music

Zawsze twierdziłem, że nie ma złych piosenek. Są tylko ich lepsze lub gorsze interpretacje. Tym bardziej cieszę się, gdy ktoś potrafi z koszmarnego gniota wydobyć zachwycające piękno! A tak właśnie jest w przypadku najnowszego singla Jamiego Culluma. Ten sympatyczny Anglik pojawia się ostatnio bardzo często na moim blogu, ale zdecydowanie sobie na to zasłużył. Talent Jamiego powala mnie na łopatki, a genialna aranżacja piosenki Don’t Stop The Music dosłownie zapiera dech w piersiach. To, co w oryginale było żenującym koszmarem, w interpretacji Culluma staje się muzyką przez duże „MU” i jazzem przez duże „DŻ”. Prawdziwa perełka dla koneserów!

2009-12-07

Kalendarz adwentowy

Z radością stwierdzam, że upiorna komercjalizacja Świąt Bożego Narodzenia, która górami prezentów, choinek i świecidełek zalewa witryny sklepowe już w listopadzie, nie wszędzie zdołała zagłuszyć piękno i głęboką wymowę Adwentu. Ten cudny czas oczekiwania na nadejście Zbawiciela zawsze kojarzył mi się z odliczaniem, gradacją napięcia, stopniowym zbliżaniem się do Misterium. Jako dziecko uwielbiałem zwłaszcza kalendarze adwentowe, w których cierpliwie, dzień po dniu, otwierałem kolejne okienko z czekoladką. Zbierałem sobie te łakocie do miseczki, by cieszyć się nimi dopiero w czasie Świąt, choć i tak najwięcej radości dawało samo oczekiwanie.

Teraz klimat czekania jakoś się zatracił, gdy z każdej strony natrętnie proponuje nam się natychmiastowe zaspokojenie wszelkich potrzeb. Takie szybkie spełnienie najmniejszej nawet zachcianki, bez wyrzeczenia, odczekania, gradacji. Cukierkowate prezenty kuszące z wystaw sklepowych są tej postawy najlepszą metaforą.

Ale, co ja tu piszę... Nie miałem się dziś przecież zajmować fenomenologią zjawisk społecznych. Chciałem tylko donieść, że miłą inicjatywę zaproponował nam właśnie Jamie Cullum, który na swojej stronie internetowej utworzył szczególny kalendarz na Adwent. Każdego dnia można otworzyć jedno okienko i zdobyć szansę na wygranie całej masy atrakcyjnych prezentów. Aby jednak zachować stosowną atmosferę oczekiwania, owe nagrody będą dostępne dopiero po Świętach. Z miłym sentymentem klikam więc sobie codziennie w jedno okienko, Jamiemu gratuluję pomysłu, a wszystkich zapraszam do świetnej zabawy.

2009-12-05

Biała wstążka

Zdobycie Złotej Palmy w Cannes i nominacja do Oscara robią swoje. „Biała wstążka” już od dwóch miesięcy stanowi żelazny punkt w repertuarze naszego ulubionego rzymskiego kina studyjnego. Wcale więc nie zdziwił nas fakt, że na seansie sala kinowa pękała w szwach, a nam samym przypadły w udziale dość nieszczęśliwe miejsca w drugim rzędzie. Ową niedogodność zrekompensował jednak sam film.

„Biała wstążka” jest propozycją dla widza cierpliwego i wymagającego. Niespieszna fabuła, liczne niedopowiedzenia, czarno-biały obraz, poboczne i właściwie zbędne wątki, a także sama długość filmu są nie lada wyzwaniem. Z tego stosu niedogodności wyłania się jednak obraz głęboki, skłaniający do poważnej refleksji.

Akcja filmu Michaela Haneke rozgrywa się w maleńkiej niemieckiej wiosce u progu wybuchu I Wojny Światowej. Codzienne życie jej mieszkańców wydaje się być ustabilizowane jasnymi podziałami społecznymi i precyzją surowo przestrzeganej moralności. Pozornie sielankowy spokój zostaje jednak złamany serią tajemniczych wypadków.

Historia, którą oglądamy z perspektywy miejscowego nauczyciela, podprowadza nas w pewnym momencie do zdumiewającej konkluzji, że za okrutnymi pobiciami, okaleczeniami i wypadkami stoją dzieci. Czy to możliwe, że surowe protestanckie wychowanie skupione na sztywnej, czysto zewnętrznej moralności doprowadziło do deformacji młodych sumień? To pytanie zdaje się wybrzmiewać coraz mocniej z każdą kolejną sceną obrazu Haneke. Bo „Biała wstążka” jest przede wszystkim mroczną opowieścią o złym wychowaniu. Koszmarnym widmem moralności, która zło okrutnie karze, a dobra zdaje się nie dostrzegać. Brzmią tu rygorystyczne echa jansenizmu, przeraża zimno rodzinnych relacji, odpycha surowość zasad wychowawczego kodeksu.

„Biała wstążka” jest filmem przygnębiającym, a do tego monotonnym i ascetycznym. A jednak wartym zobaczenia i dłuższej zadumy. Zapraszającym do przemyślenia zasad, którymi powinno kierować się wychowanie człowieka, by nie doprowadzić go do przerażających skrajności. Polecam.

2009-11-26

Pobudka z piratami

Żeby było sprawiedliwie, muszę jeszcze dodać do wczorajszej notki, że równolegle z płytą Jamiego Culluma słucham także najnowszego albumu Nory Jones. Jedna z moich ulubionych „nudziarek” znowu mnie nie zawiodła i oczarowała całkiem niezłym krążkiem „The Fall”. Ponieważ jednak moja recenzja tej płyty ukaże się w przyszłym tygodniu w jednym z tygodników opinii, zatem nie widzę potrzeby, by jeszcze dodatkowo publikować ją na blogu.

Niech wystarczy dziś zatem wpadający w ucho singlowy przebój „Chasing Pirates”. Właśnie ta piosenka od kilkunastu dni budzi mnie gdzieś w okolicach 5:40. Tytułowi piraci, co prawda, tylko przyśnili się uroczej wokalistce, niemniej jednak znakomicie potrafią wybudzić mnie ze snu i już od świtu wprawić w doskonały humor!


2009-11-25

Rozpędzony pociąg

Na premierę tej płyty doprawdy warto było czekać aż cztery lata! Jamie Cullum powraca w doskonałej formie i wielkim stylu!

W albumie „The Pursuit” zakochałem się od pierwszego przesłuchania, a każde kolejne odtworzenie krążka jeszcze bardziej mój zachwyt pogłębia.

Proszę się zatem nie dziwić, że dziś będą same tylko superlatywy.

Jednym z pierwszych skojarzeń, jakie przyszło mi do głowy po zapoznaniu się z nowym materiałem Jamiego, była jazda rozpędzonym pociągiem. Już sam tytuł krążka zdaje się zresztą sugerować, że czeka nas tu sporo żwawej, dynamicznej muzyki. I faktycznie - Jamie, z charakterystyczną dla siebie zadziornością, zabiera nas w energetyczną podróż po wyśmienitych szlakach jazzowych. Otwierający płytę kawałek Just One Of Those Things powoli rozkręca tempo jazdy, które dzięki fantastycznemu współbrzmieniu perkusji i fortepianu osiągnie cudną dynamikę w piosenkach Wheels, You And Me Are Gone czy Mixtape. Sporo tu miejsca na odważne, smakowicie wplecione w całość improwizacje i wokalizy Jamiego. W tej jazzowej podróży są jednak i momenty, w których pociąg Culluma zwalnia i pozwala napawać się pięknem brzmień nieco delikatniejszych, jak chociażby w przypadku urokliwych ballad If I Ruled The World czy I Think I Love.

Moją szczególną atencję przykuły zwłaszcza dwa utwory. Pierwszy z nich - Don’t Stop The Music - totalnie mnie zaskoczył, bo jest to cover niejakiej... Rihanny! Wyjątkowo kiczowata pioseneczka tandetnej amerykańskiej wokalistki w aranżacji Jamiego staje się niebanalnym, wysmakowanym kawałkiem dobrego jazzu. Jak widać, nie ma złych piosenek, bywają tylko nieudolni wykonawcy! Pełen szacunek dla Culluma!

Drugim utworem, który nie tylko mnie zachwycił, ale wręcz zwalił z nóg, jest kompozycja Music Is Through, zamykająca cały album. Odważny, siedmiominutowy kawałek to niezbity dowód na muzyczną dojrzałość angielskiego wokalisty. Jamie łączy tu dynamiczne jazzowe brzmienia z przebojowym, wpadającym w ucho refrenem, a na dodatek okrasza wszystko szorstkością dźwięków elektronicznych. Zachwyca mnie niezwykle kolorowa, zmienna rytmika piosenki, a gdy w pewnym momencie do gry wchodzi jeszcze partia smyczkowa w towarzystwie basu, osiągam już apogeum muzycznego upojenia!

Cóż więcej powiedzieć? „The Pursuit” to bez wątpienia jedna z najlepszych płyt tej jesieni i pewnie w ogóle całego roku. Pozostaje mi już tylko zaprosić wszystkich w tę oryginalną jazzową podróż rozpędzonym pociągiem Jamiego Culluma!

2009-11-20

Koncert roku, czyli jazz, bossa nova, standardy

Wchodzi na scenę w towarzystwie trójki muzyków, ale i tak oczy wszystkich skupione są na niej. Jest pogodna i rześka w tej swojej pięknej czerwono-czarnej kreacji.

Powitalna burza oklasków powoli cichnie, gdy z łagodnym uśmiechem zasiada do fortepianu. Drobnymi palcami rozbudza w instrumencie prawdziwy wulkan. Wita się z nami rozbudowanym, pełnym improwizacji I Love Being Here With You. Czujemy się zaszczyceni tym muzycznym wyznaniem, choć przecież cała przyjemność jest po naszej stronie.

Z wysokości naszego balkonu pilnie wpatrujemy się w uśmiechniętą twarz wokalistki, śledzimy niezwykłą radość jaką daje jej granie - prawdziwa zabawa odnajdywania coraz to nowych ścieżek muzycznych. Żywiołowe Let’s Fall In Love, a po nim oszczędne So Nice doskonale wprowadzają nas w klimat wieczoru. Diana wita się z nami, wspomina swych synów, opowiada o tęsknocie za mężem, któremu postanawia zadedykować kolejną piosenkę. Urocze I’ve Grown Accustomed To His Face brzmi wyjątkowo intymnie i czule.

Rozkoszne dźwięki kolejnych utworów rozkwitają w emocjach improwizacji. Walk On By Bacharacha nasycone jest delikatnym napięciem, które wybucha nową energią w klasycznym Frim Fram Sauce. Nat King Cole byłby nim zachwycony, my szalejemy w owacjach. Na moment wycisza nas urokliwa ballada Love Letters, a na powrót podrywa niesłychana wprost dynamika Jockey Full Of Bourbon Toma Waitsa. To jedna z najpiękniejszych niespodzianek wieczoru. Podobnie zresztą, jak wyznanie Diany, że w dzieciństwie pragnęła być... kosmonautą. Teraz już wiemy skąd w jej repertuarze standard Sinatry Fly Me To The Moon. Jak zwykle radosny, pełen feelingu.

Najważniejszy moment koncertu dopiero jednak przed nami. Muzycy towarzyszący Dianie milkną, gdy z fortepianu wydobywają się pierwsze dźwięki jednej z najpiękniejszych piosenek wszech czasów. A Case Of You słucham ze wzruszeniem, bliski łez szczęścia. Klasyk Joni Mitchell w interpretacji kanadyjskiej pianistki to absolutny majstersztyk, piękno, którego nie sposób opisać. Drżenie serca pozostaje po tej piosence na długo.

Na pożegnanie z Dianą otrzymujemy jeszcze niebanalną, wręcz szaloną aranżację słynnego Cheek To Cheek. Temat, który niegdyś tak słodko wyśpiewywała Ella Fitzgerald z Louisem Armstrongiem jest dla naszej gwiazdy i jej zespołu punktem wyjścia dla długiej, nieskrępowanej improwizacji, która kończy się gorącą owacją. Nasze brawa wypraszają jednak jeszcze dwa bisy. Nastrojowe brzmienia Quiet Nights są niczym kołysanka na dobranoc, zaś przebojowa bossa nova Jobima The Boy From Ipanema staje się cudowną kodą wieczoru. Niezapomnianego wieczoru muzycznych wzruszeń. Standing ovation!

2009-11-15

Waiting for tonight

Gdzieś na początku wiosny ogłosiłem, że pod względem muzycznym rok 2009 można uznać za zakończony. Marcowa premiera cudownego albumu Diany Krall „Quiet Nights” utwierdziła mnie bowiem w przekonaniu, że będzie to mój ukochany krążek mijającego roku.

Znakomita płyta przepełniona klimatami brazylijskiej bossa novy regularnie gości w moim odtwarzaczu, a od czasu do czasu sięgam też po genialne DVD „Live in Rio”. Pełnia szczęścia nastąpi jednak dziś wieczorem. Za kilka godzin po raz pierwszy usłyszę Dianę na żywo.

Najskrytsze marzenia czasami się spełniają!