2009-11-11

Jamie na imieniny

Pomimo intensywnego buszowania w księgarniach i sklepach muzycznych, nie udało mi się w ostatnich dniach za bardzo odchudzić portfela. Może to i dobrze. Zaoszczędzoną gotówkę przeznaczę na zakupy przedświąteczne, choć z drugiej strony trochę dziwi mnie słabe zaopatrzenie niektórych naszych sklepów. Na próżno nieraz wyglądać w nich najświeższych wydawnictw, zwłaszcza płytowych. Nieraz krew się we mnie gotuje, gdy pytam o jakąś nowość w dniu jej premiery i słyszę, że będzie dostępna dopiero za 2-3 dni. We Włoszech czasami widuję w sklepach albumy jeszcze przed oficjalna datą ich pojawienia się na rynku, a u nas wciąż jakaś kuriozalna polityka zaopatrzeniowa…

Trudno, do Italii wyjadę z nieco lżejszym bagażem i zapewne dopiero w Rzymie zaopatrzę się w brakujące tytuły. Wśród nich nie zabraknie na pewno najnowszej płyty Jamiego Culluma. Czekałem na nią od czterech lat, zatem jakoś przetrzymam jeszcze tych kilka dni. A tymczasem rozkoszuję się pierwszymi jej zwiastunami. Poniższy pozwolę sobie zadedykować dziś Marcinowi. Ufam, że moją absencję na imprezie imieninowej jakoś nadgonię w czasie weekendu :) Z przyjaźnią i życzeniami wielu muzycznych zachwytów!


2009-11-10

Trzech panów w Niemczech

Angielscy gentlemani powracają! Tym razem bez łódki i bez psa, za to na rowerach i z niepowtarzalnym, jak zwykle, brytyjskim poczuciem humoru.

Żywo mam jeszcze w pamięci przeczytaną latem kultową książkę Jerome K. Jerome’a „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”. Przezabawne perypetie mało rozgarniętych przyjaciół, którzy uprzyjemniali sobie życie żeglugą po Tamizie, należą chyba do kanonu lektur zdolnych poprawić humor największemu nawet mrukowi. Nic więc dziwnego, że będąc skazanym na iście londyńską, depresyjną pogodę (za oknem mżawka, mgła i wilgoć), sięgnąłem w tych dniach po kolejną porcję przygód Harrisa, Jerzego i Jerome’a.

Tym razem trzej panowie, którzy jak zwykle potrzebują czasowej zmiany klimatu, by w pełni móc docenić własne szczęście rodzinne, postanawiają wybrać się na wyprawę rowerową po Niemczech. Przedsięwzięcie wymaga, rzecz jasna, wielu poświęceń i ofiar, wszak dla przepełnionych wzniosłymi uczuciami anglosaskich dusz przyziemność Niemców bywa czasem dość kłopotliwa. Cóż bowiem począć z powszechnym tu obyczajem, który każdej trasie wycieczkowej nieuchronnie każe kończyć się restauracją? Czy to na górskim szczycie, czy na dnie tajemniczego wąwozu, pod wodospadem i na brzegu wijącego się strumyka - wszędzie musi stać zatłoczony Wirtschaft. Jak oddać się poetyckiemu natchnieniu wśród zastawionych piwem stołów? Jak odetchnąć aurą historycznych zdarzeń, skoro nos drażni ci zapach pieczeni cielęcej ze szpinakiem?

Pomimo tych i innych trudności, coraz to nowe przygody trójki przyjaciół (jak również cała masa pożytecznych dygresji) wyśmienicie pozwalają czytelnikowi wznieść się ku wyższym poziomom refleksji. „Trzech panów w Niemczech (tym razem bez psa)” to bowiem lektura wyborna, pełna przedniego humoru, gwarantująca relaks i odprężenie. Dobra zwłaszcza na jesienne szarości i słoty.

2009-11-06

Time To Move

Tej jesieni można przebierać w nowych albumach jak w ulęgałkach. Pomimo natłoku propozycji muzycznych nie miałem jednak żadnego problemu z dokonaniem selekcji i wytypowaniem płyty tygodnia.

Michael Bublé i Whitney Houston odpadli niestety w przedbiegach, bo ich krążki okazały się tylko przeciętne. Sting i Matt Dusk, z kolei, nagrali albumy dokładnie tak dobre, jak oczekiwałem i chyba nie ma się co rozwodzić nad tym, że panowie po raz kolejny potwierdzają swą klasę. Natomiast świeże płyty Marka Knopflera i Mari Boine wciąż jeszcze nie wpadły mi w ręce, zatem i pisać nie ma tu o czym.

Na szczęście w całym tym jesiennym wysypie muzycznych nowalijek trafiłem na artystę, którego w żadnym wypadku nie wolno przeoczyć! Panie i Panowie, na scenę wkracza Crosby Loggins!

Już samo nazwisko tego młodego wokalisty brzmi nam znajomo, nieprawdaż? Otóż ojcem naszego dzisiejszego bohatera jest nie kto inny, jak sam Kenny Loggins, rozpoznawany przecież przez co najmniej dwa pokolenia słuchaczy. Jednak w przypadku Crosby’ego to nie koneksje rodzinne mają znaczenie, lecz jego znakomity debiutancki album „Time To Move”, który właśnie trafił na rynek.

Zazwyczaj, gdy po raz pierwszy mam okazję zapoznać się z twórczością jakiegoś nowego artysty, staram się go niejako zaszufladkować, przyporządkować do określonej półki muzycznej. W przypadku młodego Logginsa pierwsze skojarzenie pobiegło w stronę jednego z moich ulubionych amerykańskich muzyków. Te szybko wpadające w ucho riffy, soczyste brzmienia gitarowe i spokojny wokal od razu nasunęły mi na myśl podobieństwo do kompozycji Johna Mayera. Nie zdziwiłem się zatem zbytnio, gdy okazało się, że wspomniany muzyk maczał palce w powstaniu krążka Crosby’ego, a nawet wystąpił gościnnie w tytułowym utworze.

„Time To Move” to płyta, którą z przyjemnością słucha się od deski do deski. Jest kolorowa, ale nie hałaśliwa, pełna jakiejś wewnętrznej, oryginalnej harmonii. I chociaż w strefie tekstowej mamy tu cały wachlarz nastrojów (od słonecznego optymizmu w Only One po smętną frustrację w Good Enough), a brzmienia dyskretnie falują (od dynamicznego Radio Heart po wyciszające Nobody No More), to jednak cały krążek jest niesłychanie spójny, bardzo pozytywnie nastrajający do życia. Jedyny feler płyty polega chyba tylko na... jej krótkości. Tych dziesięć piosenek Logginsa stanowczo zbyt szybko się kończy! Od czegóż jednak w odtwarzaczu funkcja repeat? Póki co, słucham na okrągło, bez najmniejszych objawów „zmęczenia materiału”.

Z całą pewnością mogę więc powiedzieć, że Crosby Loggins jest jednym z moich najciekawszych odkryć ostatnich miesięcy, zaś „Time To Move” to absolutna czołówka tegorocznych albumów. Trzymam więc kciuki, by i w Polsce niebawem owa płytka się pojawiła, bowiem, z jakichś nieznanych mi bliżej powodów, krążek do kraju nad Wisłą wciąż jeszcze nie dotarł. A stanowczo jest czego słuchać!

2009-11-03

W strumieniu twojej świadomości

W tym wypadku będę wyjątkowo opóźniony, ale nic to - podobno rzecz wyczekana smakuje lepiej. Chodzi, mianowicie, o nową płytę grupy Hey. Cała Polska (zapewne włącznie z PT Czytelnikami tego bloga) zdążyła już sobie ją zakupić i na jej temat opinię wyrobić. Podczytuję zachłannie rozmaite recenzje i - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - jedni pieją z zachwytu, drudzy marudzą, że to już nie ten Hey co kiedyś, inni z kolei są za, a nawet przeciw.

Ja tymczasem muszę cierpliwie poczekać jeszcze do końca tygodnia. Zapewne gdzieś w okolicach soboty zawitam znów do Katowic, by przez chwilę oddać się rozsądnemu (akurat!) odchudzaniu portfela w księgarniach i sklepach muzycznych. „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” będzie niewątpliwie jednym z pierwszych krążków, jakie wylądują w koszyku. Dźwięki pierwszego singla, póki co, nastrajają mnie dość pozytywnie. Zwłaszcza, gdy po ciężkim dniu intelektualnej harówki padam z nóg, a umysł mi krzyczy: ratunku! pomocy!

Nieco sflaczały kuruję się zatem przy kubku gorącej herbaty z prądem i już o niczym nie myślę. No, może z wyjątkiem kwestii, czy w tekście Kasi Nosowskiej pobrzmiewa mi bardziej Virginia Woolf, William Faulkner czy może stary dobry James Joyce?

Nieważne zresztą... Dzień powoli się spopielił, a ja rozcieńczony mam ochotę już tylko na jeżyny. Judasze oczu za moment same się zamkną.


2009-11-02

Gotowanie na ekranie

O tym, że Meryl Streep jest postacią wybitną wiadomo nie od dziś. Jej wyjątkowy talent sprawia, że aktorka doskonale odnajduje się w rolach dramatycznych, komediowych czy nawet musicalowych. Oglądnięcie każdego kolejnego filmu z jej udziałem jest więc dla mnie czymś oczywistym.

Tym razem mogłem się rozkoszować zdolnościami Meryl w niezwykle pogodnej komedii „kulinarnej” Julie & Julia. Film to doprawdy uroczy, skrzący się dowcipem, jakiś taki elegancki po prostu. Na szczęście daleki od cukierkowatego infantylizmu, którym często grzeszą komediowe produkcje ostatnich lat. Pięknie przypominający o tym, jak ważne w życiu są nasze pasje.

Dwie, błyskotliwie opowiedziane tu historie, oparte są na faktach. Julia Child to żyjąca pół wieku temu autorka słynnej książki kucharskiej z francuskimi przepisami dla amerykańskich gospodyń. Julie Powell, natomiast, to współczesna nam młoda kobieta, która stawia sobie wyzwanie, by w ciągu jednego roku wypróbować wszystkie przepisy zawarte w książce Child. Zgrabnie przeplatające się ze sobą historie obydwu pań nie tylko bawią i wzruszają, ale też wyraźnie ukazują, że - pomimo trudów i przeciwności - warto być wiernym swoim pasjom.

Do największych atutów Julie & Julia należy wspomniana już gra samej Meryl Streep. Jej barwna mimika, gestykulacja i wymowa (do złudzenia przypominająca panią Bukiet z kultowego serialu Co ludzie powiedzą?) rozśmieszy największego nawet smutasa. Kolejnym plusem filmu, jest niewątpliwie obsadzenie w roli męża Julii Child niezawodnego Stanleya Tucci, dzięki któremu odżywają od razu wspomnienia z pamiętnego Diabeł ubiera się u Prady. Aktor, co prawda jest tylko tłem dla występu Streep, niemniej jednak jest to tło wysokiej klasy. Nie sposób też nie pochwalić błyskotliwych wyczynów aktorskich młodej Amy Adams, która w roli Julie Powell dorównuje najlepszym osiągnięciom komediowym Meg Ryan.

Julie & Julia to - jednym słowem - dobre, odprężające kino dla wszystkich. Wyśmienita zabawa jest tu gwarantowana i... tylko o jednym trzeba pamiętać! Po filmie obowiązkowym punktem programu powinna być wykwintna, smaczna kolacja! Najlepiej własnej roboty.

2009-10-31

Co piszczy w chaszczy?

Z okazji pięćdziesięciolecia krakowskiego Znaku trafiło ostatnio na półki naszych księgarń całkiem sporo interesujących pozycji. Moją uwagę przykuła zwłaszcza nowa seria wydawnicza „Powieść z duszą”, która będzie podejmować problematykę duchowych dylematów człowieka poszukującego sensu życia.

Pomysł nowej kolekcji (przypominający nieco znany cykl Frondy „Powieść z krzyżykiem”) od razu przypadł mi do gustu, tym bardziej, że pierwszą pozycją serii jest świeże dzieło Jana Grzegorczyka „Chaszcze”.

Autor słynnej trylogii o przypadkach księdza Grosera proponuje nam tym razem wyjątkową powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym w tle. Jej bohater - pięćdziesięcioletni samotnik, Stanisław Madej - zupełnym przypadkiem odkrywa w lesie zwłoki wisielca. To makabryczne znalezisko odmieni całkowicie jego dotychczasowe życie. Prywatne śledztwo przemieni się bowiem bardzo szybko w nieuchronną konfrontację z własną przeszłością. Wraz z Madejem dotkniemy więc intymnych tajników ludzkiej duszy: jej lęków, pragnień, niezagojonych ran. Przekonamy się też, że nawet w najciemniejszych zakamarkach ludzkiego wnętrza można odnaleźć światło nadziei.

„Chaszcze”, podobnie jak trylogię o księdzu Groserze, czyta się bardzo dobrze. Grzegorczyk z właściwym sobie humorem i lekkością języka snuje swoją fabułę wokół całej palety bardzo wyrazistych postaci. To właśnie w ich historiach odkrywamy prawdziwe chaszcze skomplikowanych losów, namiętności, zdrad i pokus.

Polecam na długie, jesienne wieczory!

2009-10-19

Antidotum na zgagę

Pepe się niepokoi. Źródłem jego obaw stało się moje chwilowe zmniejszenie aktywności blogerskiej, o czym nie omieszkał mnie wczoraj poinformować na GG. W związku z powyższym, dzisiejsza garść świeżych impresji niech będzie dedykowana mojemu zatroskanemu przyjacielowi :-)

Otóż, przy okazji ostatnich wojaży po Italii i Malcie, skazany byłem na wielogodzinne katowanie uszu muzyczną sieczką sączącą się z samochodowego radia. O owej komercyjnej papce już tutaj kiedyś pisałem, tym razem jednak zwrócę uwagę na pewną nieprzyjemną prawidłowość wiążącą się z dłuższym przebywaniem w strefie oddziaływania wspomnianego pop-bełkotu. Otóż zdarza się czasami, że po kilkakrotnym usłyszeniu jakiejś okropnej, ogranej przez radia piosenki, tak mocno wchodzi ona człowiekowi w głowę, że przez dłuższy czas nie sposób się od niej uwolnić... Jedynym ratunkiem jest wtedy znalezienie jakiegoś przyzwoitego, wpadającego w ucho przeboju, który może stać się antidotum skutecznie usuwającym z pamięci nieproszone dźwięki.

Coś takiego przytrafiło mi się właśnie podczas ostatnich podróży. Z odbiornika co rusz wracał do nas pewien koszmarny utwór, o którym na tym, bądź co bądź poważnym, blogu nie godzi się nawet wspominać. Dość rzec, że po kilku godzinach jazdy upiorne ustrojstwo na dobre zadomowiło mi się w głowie i ani myślało ją opuszczać. Męczyłem się jak nie wiem co, aż w końcu na jakiejś stacji znalazłem utwór, który skutecznie wypędził dręczącą mnie zGagę muzyczną.

Pan, który nazywa się Charlie Winston i pochodzi z Kornwalii, nie tylko natychmiast wprawił mnie swoją piosenką w dobry humor, ale jeszcze przy okazji sporo się dzięki niemu dowiedziałem:

Po pierwsze, uświadomiłem sobie, że panuje aktualnie moda na kapelusze. To już kolejny wokalista (wcześniej byli Jason Mraz i Mat Kearney), który lansuje tak stylowe nakrycie głowy. Przyznam, że owa moda bardzo przypadła mi do gustu i kto wie, może niebawem wybiorę się na stosowne zakupy (rzecz jasna, w nieodzownym towarzystwie wypróbowanego doradcy, czyli Pepika).

Po drugie, dowiedziałem się, że kapelusz może służyć nie tylko jako nakrycie głowy, zaś jego oryginalne zastosowanie bywa niezwykle efektowne. Niemniej jednak samemu żadnej ekwilibrystki odzieżowej uprawiać nie zamierzam.

I po trzecie, w końcu, nauczyłem się dzięki Charliemu nowego słówka, które przypomniało mi o moim ulubionym bohaterze z Muminków. Ciekawe, czy domyślicie się o kogo chodzi?



Hobo (US) - someone who does not have a job or a house and who moves from one place to another.

2009-10-17

Siesta. Odsłona piąta

Kilka nowych płyt woła już do mnie z regału, żeby w końcu zabrać się za ich zrecenzowanie. Jednak świeżutka przesyłka z Polski sprawiła, że wszystkie te krążki będą musiały nieco poczekać. Są w końcu jakieś priorytety, nieprawdaż?

Dziś zatem słów kilka o albumie, na który co roku czekam z niecierpliwością. Jak dobrze bowiem wiadomo, jeden z moich ulubionych prezenterów radiowych - Marcin Kydryński - przygotowuje każdej jesieni wyjątkową kompilację najciekawszych nagrań z najodleglejszych zakątków świata. Kolejna - piąta już - odsłona „Siestowej” składanki zabiera nas tym razem w muzyczną podróż do Hiszpanii, Szwecji, Portugalii, USA, Kolumbii, Kamerunu, Francji, na Kubę i Wyspy Zielonego Przylądka.

Piękna zebranych tu brzmień nie sposób oddać słowem, trzeba je po prostu smakować uchem i sercem, delektować się każdą nutą, taktem czy frazą. Zebrane przez Marcina towarzystwo to bowiem najwyższa półka muzycznych wyzwań. Dość wspomnieć, że w „Siestowej” wyprawie towarzyszą nam takie gwiazdy jak Charlie Haden, Richard Bona, Tito Paris czy Cassandra Wilson, dyskretnie otoczone całym mnóstwem egzotycznych postaci, których nie poznalibyśmy przecież w hałaśliwym natłoku radiowej komercji.

Jak przyznaje Marcin, jego najnowsza propozycja płytowa stanowi tym razem odsłonę liryczną całej kolekcji. To muzyka doskonała na porę zmierzchu, kiedy mówi się szeptem, kiedy lgnie się do siebie, odprowadza wzrokiem ostatnie mgnienia rudych słońc. Proszę zatem zapalić świece, zaszyć się w wygodnych głębinach fotelu i dać się swobodnie ponieść tej cudnej, upojnej muzyce!

PS. I jeszcze ukłony w kierunku Poczty Polskiej. Ekspresowe dostarczanie tak wyczekiwanych muzycznych przesyłek zasługuje na medal. Szacunek i podziw!