Kiedy rok temu żegnałem się z Anną Marią w praskiej Lucernie, zastanawialiśmy się, w jakim zakątku świata skrzyżują się znów nasze szlaki. Żadne z nas nie przypuszczało wtedy, jak prawdziwe okaże się powiedzenie o drogach, które prowadzą do Rzymu.
Informacja, że „najbardziej fascynujący głos polskiego jazzu” zawita do miasta, w którym mieszkam na co dzień, była dla mnie nie lada niespodzianką, zaś cudowny wieczór w kameralnych przestrzeniach klubu Casa del Jazz stał się jednym z najpiękniejszych przeżyć mijającego roku.
Debiut Anny Marii Jopek na scenach Wiecznego Miasta był wysmakowaną kodą obchodów miesiąca kultury polskiej Corso Polonia. Piękną odsłoną rodzimej tradycji muzycznej przed wymagającą włoską publicznością.
Już samo otwarcie występu przeniosło nas myślą i sercem na bezkresne mazowieckie łąki, gdzie w cieniu brzóz i topoli przechadza się dziewczę o pszenicznych włosach, wyśpiewując z czułością i uwagą ludowy temat „Dwa serduszka, cztery oczy”. Niezwykła delikatność, z jaką Anna Maria rozpoczyna swój występ, rodzi w nas pragnienie, by zatrzymać na zawsze tę ulotną, eteryczną impresję. Ciche ukojenie przeradza się jednak natychmiast w prawdziwy wybuch emocji, gdy Ania sięga po „Bandoskę”. W lapidarnej, lecz jakże odważnej i niespokojnej wersji. Rozgrzani niezwykłą energią tego utworu, wyciszamy się zaraz na nowo przy starej pieśni kawaleryjskiej „O mój rozmarynie”. To niezwykle czułe dopełnienie swoistego tryptyku z klasyką polskiej piosenki. Jednak rodzima tradycja ludowa jest tylko jednym z wątków tego cudnego wieczoru w Casa del Jazz.
Przychodzi pora na chwilę improwizacji. Instrumentalno-wokalne poszukiwanie muzycznych ścieżek na żywo. Na karteczce z setlistą Ania nazwała ten moment wieczoru po prostu „Free”. I faktycznie, niebanalne, wielowątkowe brzmienia sączą się ze sceny z wyjątkową swobodą, zaś każdy z muzyków dostaje tu „swoje pięć minut”. Tradycyjny skład zespołu Ani (Napiórkowski, Kubiszyn, Dobrowolski) wzbogaca dziś postać wyjątkowa, związana na co dzień z chrześcijańskim TGD, czyli Pedro Nazaruk. O jego niezwykłym talencie przekonamy się tego wieczoru niejednokrotnie.
Tymczasem dźwięki kolejnego utworu wywołują gorącą owację i przyprawiają nas o szybsze bicie serca. To jedna z naszych ukochanych piosenek w repertuarze Ani! „Szepty i łzy” wyśpiewujemy z wokalistką od początku do końca, wywołując uśmiechy na twarzach siedzących wokół nas Włochów. I oni są zachwyceni tą cudowną kompozycją Kilara, którą znają zresztą z międzynarodowej wersji „Upojenia”. Pełni radości nie przeczuwamy nawet, że najpiękniejszy moment koncertu wciąż jeszcze przed nami…
Burzliwe owacje widowni przemieniają się teraz w wyklaskiwanie rytmu kolejnej piosenki. Ania uspokaja nas zadumą o znaczeniu miłości przy lirycznych, delikatnych brzmieniach „Możliwe”. To wyciszenie pogłębia się jeszcze, gdy Pedro Nazaruk sięga po jeden za swoich niezwykłych fletów. Jego dźwięki brzmią jakoś tak orientalnie, nieco surowo, przywodząc na myśl tybetańskich mnichów zanurzonych w modlitwie i medytacji. Ogarnia nas z nagła metafizyczna zaduma nad sensem istnienia, a Ania niejako „dośpiewuje” do niej treść, ubiera w słowa nasze myśli i intuicje. To całkiem nowa, przecudnej urody aranżacja „Ja spytać chcę o to samo”, której dopełnieniem staje się wyrafinowana improwizacja Marka Napiórkowskiego. W delikatny klimat ukojenia wpisuje się kolejny utwór z płyty Niebo, w którym towarzyszy Ani jedynie Robert Kubiszyn. Oszczędne, acz ciepłe „Ucisz się” staje się jak gdyby zamknięciem kolejnego, tym razem lirycznego, tryptyku tego koncertu.
Jaką więc niespodzianką są dynamiczne rytmy następnego utworu! Już po pierwszym takcie bezbłędnie rozpoznaję kolejny z moich ukochanych przebojów Anny Marii, czyli „Zrób, co możesz”. Nachylam się na moment do jednego z przyjaciół, by szepnąć mu, że za chwileczkę usłyszymy genialną improwizację Pawła Dobrowolskiego. Jednak ten mój nagły ruch niespodziewanie przyciąga wzrok Ani. Artystka dostrzega nas w samym środku czwartego rzędu i posyła nam wielki uśmiech. Błoga radość w sercu przechodzi w szczęście, gdy milknie piosenka o ważce, a Ania wyznaje, że wśród publiczności jest kilka dobrze znanych jej twarzy. Machamy do siebie nawzajem, tym samym skupiając na sobie wzrok tak Włochów, jak i zespołu naszej artystki.
Intymna, niemalże familijna już atmosfera wieczoru osiąga szczyt w kolejnym utworze. Muzycy sadowią się wygodnie na skraju sceny, by w tej szczególnej bliskości przywołać wspaniały tekst Grochowiaka. „Upojenie” dopełnia w nas miary szczęścia, nasyca czułością, dotyka ulotnym drżeniem serca. Delikatna interpretacja polskiego poety podprowadza nas nieuchronnie do finału koncertu. Na pożegnanie raz jeszcze sięgamy do rodzimej tradycji w ludowych brzmieniach „Cyraneczki”. Ten dobrze znany nam utwór zaskakuje nas jednak na nowo, gdy do wokalu Ani przyłącza się Pedro. Ich głosy złączone we wspólnej harmonii odkrywają przed nami nieznane wcześniej przestrzenie muzycznych ścieżek. Żywiołowe, momentami żartobliwe improwizacje kończą się burzą oklasków, które po trzykroć wywołują jeszcze muzyków na scenę.
A skoro prosimy o bisy, to czyż mogłoby zabraknąć klasycznej już piosenki Starszych Panów? Ania z Markiem przypominają, że w Polsce zimą bywa zazwyczaj „Na całej połaci śnieg”, zaś cała reszta zespołu wtrąca się co chwilę, uzupełniając tekst o włoskie neve. Ogólna radość z wariacji językowych przechodzi szybko w euforię, gdy na pożegnanie otrzymujemy jeszcze jedną piosenkę. „Tam, gdzie nie sięga wzrok” porywa jak zwykle swą dynamiką i nastraja pozytywną energią. Jakże więc nie chcieć choć trochę przedłużyć ów wieczór muzycznych uniesień?
Ania wychodzi do nas po chwili. Radosna, odprężona muzyką, wita się z nami pogodnym uśmiechem. Dziękujemy sobie nawzajem, wspominamy spotkania w Mediolanie i Pradze, dzielimy się wrażeniami z koncertu. Na moment pozwalamy porwać Anię sporej grupie Włochów, proszących o zdjęcia i autografy. Przenosimy się zatem pod scenę, gdzie właśnie pojawił się Marcin. Przez najbliższe pół godziny rozbijamy tu mały kącik siestowy. Opowiadamy sobie o muzycznych zachwytach, wspominamy dawne audycje „Około północy”, dzielimy się inspiracjami.
W końcu, jako ostatni opuszczamy kameralne wnętrze Casa del Jazz, by wraz ze wszystkimi udać się do pobliskiej restauracji na uroczysty bankiet zamykający festiwal Corso Polonia.
Raz jeszcze spotykamy się tu z Anią, by przy kieliszku czerwonego wina pogrążyć się w długiej, przyjacielskiej rozmowie. Ku naszej radości okazuje się ona dopiero preludium tego, co nastąpi dzień później.
O wspólnym zwiedzaniu Wiecznego Miasta i pełnych wzruszenia chwilach nie ośmielę się jednak tu pisać. Niech pozostaną one szczęśliwą tajemnicą Jopkologa i jego najbliższych przyjaciół…




